Zdjęcia dzieci w internecie. Rodzice publikują je z miłości, ale mogą nieświadomie przekroczyć granicę

Pierwsze kroki, wakacje, urodziny, szkolne przedstawienie, zabawna mina przy obiedzie. Dla rodzica to cenne wspomnienia, które chciałoby się zachować na zawsze. Dziś coraz częściej zachowujemy je jednak nie tylko w rodzinnym albumie, ale także w mediach społecznościowych. Problem zaczyna się wtedy, gdy o tym, co trafia do internetu, decydują wyłącznie dorośli, a dziecko nie ma już żadnego wpływu na własny cyfrowy wizerunek.
Zdjęcie na pamiątkę czy już część cyfrowego życia dziecka?
Robienie zdjęć dzieciom nie jest przecież wynalazkiem ery Instagrama. Nasi rodzice i dziadkowie również fotografowali pierwsze urodziny, wakacje czy występy w przedszkolu. Różnica polega na tym, że kiedyś zdjęcia lądowały przede wszystkim w rodzinnym albumie. Dziś jedno kliknięcie może sprawić, że fotografia trafi do kilkudziesięciu, kilkuset albo nawet tysięcy osób. I właśnie tutaj pojawia się sharenting, czyli publikowanie przez rodziców zdjęć, filmów i informacji dotyczących dzieci w internecie. Sama chęć pokazania rodzinnego szczęścia nie jest niczym złym. NASK (Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa) zwraca jednak uwagę, że każda taka publikacja tworzy cyfrowy ślad dziecka, nad którym rodzic z czasem traci kontrolę. Co więcej, problem nie dotyczy wyłącznie publicznych profili. Nawet jeśli zdjęcie widzą tylko znajomi, ktoś może je zapisać, zrobić zrzut ekranu i przekazać dalej. Prywatność w mediach społecznościowych nie działa więc dokładnie tak jak rodzinny album schowany w szufladzie.
Rodzic może być zachwycony zdjęciem. Dziecko niekoniecznie. To, co dla mamy albo taty jest zabawną pamiątką, za kilka lat może być dla nastolatka powodem do wstydu. Zwłaszcza jeśli fotografia pokazuje płacz, złość, chorobę, nieudaną fryzurę, kąpiel albo inną bardzo prywatną sytuację. NASK podkreśla, że publikowane materiały mogą w przyszłości trafić do rówieśników dziecka i stać się źródłem skrępowania, wyśmiewania czy nawet cyberprzemocy. Według danych przywoływanych przez NASK 45 proc. nastolatków deklaruje, że rodzice lub opiekunowie publikują ich zdjęcia w mediach społecznościowych, a 25 proc. odczuwa z tego powodu zawstydzenie lub skrępowanie. Warto więc przed wrzuceniem zdjęcia zadać sobie proste pytanie: Czy moje dziecko chciałoby, żeby zobaczyli je wszyscy, którzy mają dostęp do mojego profilu? A jeszcze lepiej: czy chciałoby tego same za pięć albo dziesięć lat?
Nie każde zdjęcie jest równie niewinne
Czasami problemem nie jest nawet sam wizerunek dziecka, ale informacje, które można wyczytać ze zdjęcia. Fotografia przed szkołą może pokazać jej nazwę. Zdjęcie z zawodów sportowych może zdradzić, do jakiego klubu należy dziecko. Wakacyjna relacja publikowana na bieżąco może poinformować obcych, że rodzina właśnie wyjechała z domu. NASK zwraca uwagę, że nawet pozornie drobne szczegóły mogą razem stworzyć bardzo szczegółowy obraz życia dziecka. Zdjęcie świadectwa może zdradzić szkołę, fotografia przed domem – adres, a urodzinowy tort – wiek. Dlatego przed publikacją dobrze przyjrzeć się nie tylko twarzy dziecka, ale całemu kadrowi.
Znacznie poważniejszym problemem jest sytuacja, w której rodzic świadomie publikuje materiał, ponieważ uważa zachowanie dziecka za zabawne. Płacz podczas wizyty u dentysty. Napad złości w sklepie. Wpadka podczas rodzinnej uroczystości. Nieudana próba zrobienia czegoś, z której cała rodzina ma ubaw. W domu taka sytuacja może rzeczywiście skończyć się śmiechem. Internet zmienia jednak wszystko, bo żart przestaje być prywatny. Film może zostać obejrzany przez obcych ludzi, skomentowany, przerobiony albo udostępniony dalej. To, co rodzic wrzucił jako niewinną anegdotę, może stać się dla dziecka trwałym elementem jego internetowego wizerunku. Takie publikowanie kompromitujących materiałów bywa określane jako troll parenting. To szczególnie problematyczna forma dzielenia się wizerunkiem dziecka, ponieważ jego zawstydzenie staje się częścią rozrywki dorosłych.
Oversharenting, czyli kiedy zdjęć jest już zdecydowanie za dużo
W sieci funkcjonuje również określenie oversharenting. Dotyczy ono szczególnie intensywnego dzielenia się informacjami o życiu dziecka. Zdjęcia z każdego dnia, szczegółowe opisy problemów zdrowotnych, informacje o szkole, zainteresowaniach, znajomych, planie dnia czy rodzinnych konfliktach mogą z czasem stworzyć bardzo dokładny cyfrowy portret młodego człowieka. I nie chodzi tutaj o liczbę zdjęć, po której przekraczamy jakąś magiczną granicę. Nie ma przecież licznika, który po 101. fotografii automatycznie wyświetli komunikat: „rodzicu, wystarczy”. Znacznie ważniejsze jest to, co pokazujemy, komu i po co.
Jednym z największych problemów internetu jest utrata kontroli nad opublikowanym materiałem. Możemy usunąć zdjęcie ze swojego profilu, ale nie mamy pewności, że wcześniej nikt go nie zapisał. Może pojawić się na innym koncie, w grupie, na forum albo zostać wykorzystane w zupełnie innym kontekście. Urząd Ochrony Danych Osobowych wskazuje, że nadmierne publikowanie informacji i wizerunku dzieci może prowadzić między innymi do naruszenia prywatności, manipulacji wizerunkiem, hejtu, cyberprzemocy, a nawet kradzieży tożsamości. NASK zwraca dodatkowo uwagę na możliwość wykorzystywania zdjęć dzieci przez osoby o złych zamiarach. Eksperci wskazują również, że rozwój narzędzi AI zwiększa możliwości przetwarzania i modyfikowania materiałów znalezionych w sieci. To nie oznacza, że każde zdjęcie dziecka opublikowane przez rodzica natychmiast staje się zagrożeniem. Oznacza jednak, że warto mieć świadomość, iż po publikacji przestajemy być jedyną osobą decydującą o jego dalszych losach.
A co z prawem dziecka do prywatności?
To jedna z najważniejszych kwestii całej dyskusji. W Polsce rodzic reprezentuje dziecko i podejmuje decyzje dotyczące jego praw, ale nie oznacza to, że może bez ograniczeń robić z jego wizerunkiem wszystko, co chce. Dobro i godność dziecka powinny być punktem odniesienia również wtedy, gdy publikujemy zdjęcie w mediach społecznościowych. UODO wprost zwraca uwagę na konieczność ochrony prywatności i wizerunku najmłodszych. Urząd podkreśla również, że publikowanie informacji o dzieciach bez zastanowienia może prowadzić do realnych zagrożeń. Dlatego warto patrzeć na publikację nie tylko oczami rodzica, ale również z perspektywy dziecka.
Internet nie musi oznaczać całkowitej rezygnacji z rodzinnych wspomnień. Chodzi raczej o rozsądną granicę. NASK zaleca między innymi, aby zadbać o prywatność konta, unikać publikowania wizerunku dziecka w sytuacjach intymnych lub ośmieszających oraz – gdy dziecko jest już w stanie świadomie wyrazić swoje zdanie – pytać je o zgodę. Warto też pamiętać, że nawet zdjęcie bez widocznej twarzy może ujawniać informacje pozwalające rozpoznać lub zlokalizować dziecko.
Przed wrzuceniem zdjęcia można więc zrobić szybki test pięciu pytań:
- Czy moje dziecko naprawdę chce, żebym to opublikował?
- Czy zdjęcie nie pokazuje zbyt prywatnej sytuacji?
- Czy fotografia nie zdradza szkoły, adresu albo codziennego planu?
- Czy nie będę żałować tej publikacji za kilka lat?
- Czy naprawdę muszę pokazywać to wszystkim, czy może wystarczy wysłać zdjęcie dziadkom?
To ostatnie pytanie bywa szczególnie skuteczne, bo przecież czasami nie potrzebujemy lajków. Chcemy po prostu pokazać babci, jak wnuk wyglądał na pierwszym treningu piłkarskim. I do tego nie potrzeba publicznego profilu.
Zdjęcia dzieci są naturalną częścią rodzicielstwa. Chcemy zatrzymywać chwile, które szybko mijają. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy potrzeba podzielenia się nimi z internetem zaczyna być ważniejsza od prywatności dziecka. Dziecko ma prawo dorosnąć bez odkrywania w wieku 15 lat, że internet zna już połowę jego dzieciństwa, dlatego zanim klikniemy „opublikuj”, warto na chwilę odłożyć telefon i pomyśleć nie o tym, jak zdjęcie spodoba się znajomym, ale jak może odebrać je jego bohater.




